3.04.2014

Prolog

Stał tam. Stał zupełnie sam, pomimo, że ona wciąż była przy nim. Nie rozumiał, dlaczego wciąż tak tęskni. Zamknął się w sobie już dawno temu. Uważał, że nie ma dla kogo żyć. Jego brat był taką osobą; zawsze go wspierał, pocieszał oraz rozumiał bez słów. Teraz już go nie ma.
Mimo iż naprawdę kochał Ruby, ona nie była w stanie zapewnić mu takiego zrozumienia jak jego własny bliźniak. Lecz gdyby nie ona, zapewne stoczyłby się lub skoczył z jakiegoś wysokiego budynku. Skoczyłby, aby choć przez chwilę poczuć się wolnym. Był ciekaw tego uczucia. Zabawne… Jeszcze kilkadziesiąt lat temu on sam śpiewał, aby tego nie robić. Sytuacja jednak się zmieniła. On już przeżył swoje. Lecz ona i tak nie pozwalała mu tego zrobić. Zagroziła, że jeśli coś sobie zrobi - zabije ją. Zabije ją swoim brakiem. Ona go tak mocno kochała… Tyle razem przeszli. We trójkę. Zawsze byli nierozłączni, a teraz? Teraz on był w rozsypce – tak jak i ona, lecz nie mogła pozwolić sobie na ujście łzom, smutkowi i rozgoryczeniu. Mogłoby to przynieść tragiczny efekt. Musiała być silna dla swojego ukochanego. Podwójnie.

Było zimno. Mroźny wiatr delikatnie muskał ich pomarszczone policzki. Stali tam bez ruchu już dobre dwie godziny. Modlili się. Ruby niepewnie dotknęła jego ręki, a gdy ten nie zareagował wsunęła swoje palce pomiędzy jego oraz lekko zacisnęła. Chciała dodać mu tym nieco otuchy. Rzadko chodzili na cmentarz, ponieważ on bardzo to przeżywał. Zdawała sobie sprawę z tego, że w niedalekiej przyszłości ten przykry los spotka również ich. Nikt nie żyje wiecznie, prawda? – Pomyślała. Mieli już przecież oboje ponad osiemdziesiąt siedem lat.  Nigdy nie chciała dożyć takiego wieku. Bała się tych zmarszczek, niedołężności, chorób. Teraz jednak walczyła o każdy dzień. Walczyła, by móc spędzić z nim choć jeszcze kilka chwil; by móc spojrzeć na niego o poranku, pogładzić - dla niej wciąż gładką - skórę, ucałować te słodkie usta, które niegdyś tak namiętnie dotykały jej ciała. Byli wtedy młodzi i szczęśliwi. Teraz, pomimo iż między nimi panował smutek, oni mieli nadzieję. Ona z pewnością o wiele większą niż jej wybranek, lecz to dodawało jej jedynie sił. Sprawiało, że czuła się szczęśliwa, gdy to dzięki niej na jego ustach pojawiał się ten piękny uśmiech. Czuła, że jej życie ma jeszcze sens, jeśli tylko ma go przy sobie.
Starzec stojący u jej boku westchnął. Spojrzała na niego i ujrzała łzę. Tę jedną łzę, kilka milimetrów sześciennych, które wyrażały wszystkie jego emocje. Nie patrzył na nią, gdy płakał. Wtedy jego oczy były jedną wielką, otwartą księgą. A on był zbyt dumny, aby pokazać jej aż tyle. A może się bał?
Ścisnął trzymaną w prawej dłoni czerwoną różę. Jego emocje urządzały sobie w tej chwili w jego wnętrzu ogromną zabawę.
-Kochanie, ja rozumiem. Chodźmy stąd. – Powiedziała. Na te słowa jego serce przyspieszyło. Chciał tu zostać. Już na zawsze. Lecz z drugiej strony chciał uciec jak najdalej i już nigdy tu nie wracać. Czemu to akurat jego brat musiał odejść z tego świata jako pierwszy? Samolubny drań.
Uklęknął jednym kolanem tuż przy nagrobku drugiego siebie i delikatnie ułożył kwiat na zmarzniętej ziemi. Odmówił w myślach głupią formułkę, pochylił się oraz prawą rękę ułożył na zimnym marmurze, który po chwili delikatnie musnął swymi suchymi ustami. Pożegnał się z bratem, a następnie wstał. Ciepła, niebieska kurtka grzała jego ciało, lecz mimo to on czuł chłód. Rozrywał go od środka. Uniósł głowę do góry przenosząc swój przeszywający wzrok na Ruby. Kobieta czując, że na nią patrzy zbliżyła się do niego i złączyła ich usta w pocałunku. Chłód ustąpił fali ciepła rozpływającej się mozolnie po całym jego ciele począwszy od serca. Doświadczał tego za każdym razem, gdy tylko jego ukochana go dotykała, całowała czy choćby uśmiechała się. Nawet teraz, w tym wieku, kiedy już nie była tak piękna jak kiedyś. Dla niego wciąż była wyjątkowa.
Była jego stokrotką.